diablica666

Ech...

dodane: 2006-12-29 19:02:02 ostatnia zmiana: 2006-12-29 19:02:02
Cóż... Dziwnie jakoś... Ta opaska uciska mój mózg bejbe, coś Ty mi zrobiła;) Heh, a tak na poważnie... To smutno coś... Rok się kończy... Co za różnica, czy się kończy, czy zaczyna, czy jest w środku... I tak to nie ma żadnego znaczenia, jeśli idzie wszystko źle... Bo czy idzie dobrze...?
Powiedzmy, że nie będę już pisać odpowiedzi na to pytanie... Właśnie widzę opis boskiego Mateusza, nie powiem nazwiska... brzmi on:"Kocham Cię z całych moich sił!!! Buziaczki:* //TV"... Cóż... Może czasami nie oczekiwałabym takiej wylewności, ale chociaż jakiś mały gest... Czy naprawdę chcę tak wiele...? Szczególnie ostatnio... Jest mi źle... To chyba nie żaden wstyd o tym mówić... Po prostu dopadła mnie jakaś rezygnacja, takie całkowite odrętwienie... Czytałam dzisiaj znowu "Los powtórzony"... I tam był właśnie fragment, który mówi o tym, jak Marcin odwiedza Błażeja w Gdańsku... Bo wyprowadził się od Sylwii... I że tak naprawdę ta rozłąka nie jest dobrym wyjściem, ale Sylwia godzi się na to, żeby uratować związek... Bo Błażej tego chce... Bo on tak postanowił...
Kiedy nie ma żadnego sensownego wyjścia, człowiek godzi się na to, co podsyła mu los, chociaż czasami nie jest to zbyt rozsądne ani nie prowadzi do niczego dobrego... Jeśli mężczyzna stwierdza, że tak na pewno będzie lepiej, to czy warto się przeciwstawiać...? Czasami trzeba pójść na kompromis, chociażby po to, żeby pokazać, że nam zależy... Że liczymy się ze zdaniem kogoś nam bliskiego, że nie myślimy tylko o tym, co nas boli... Niektóre sytuacje chyba warto przemyśleć na trzeźwo, żeby nie popełnić jakiegoś błędu, którego można później bardzo długo żałować...
Ja cały czas myślę... Jest mi z tym źle, ale myślę... I doszłam do wniosku, być może błędnego, być może nie, że wszystkie związki międzyludzkie opierają się na rozmowie... Czy byłabym z Agusią tak blisko, gdybyśmy nie rozmawiały, tylko chodziły razem na zakupy, do fryzjera, gdzieśtam tylko po to, żeby pójść...? Myślę, że mimo tylu rozmów i tak pewnej części prawdy o sobie nie wiemy, ale... Jednak potrafimy jakoś wymienić się poglądami, własnymi zdaniami na jakiś temat... I nie robimy z tego wielkiej afery, jeśli jedna z nas ma inne zdanie... Bo rozmawiamy... A jeśli w jakimkolwiek związku się nie rozmawia, to trudno o jakiekolwiek porozumienie...
Tak mi się teraz właśnie przypomniało... Kiedyś, już ponad pół roku temu Tomek stwierdził, że chociaż nie widujemy się tak jak inne pary, to rozmawiamy dużo więcej, niż ludzie, którzy mieszkają dwie ulice od siebie i są razem... Możliwe, że rozmawialiśmy... Ale o czym...? Pierwsze zdania były o pogodzie, o tym, co robiliśmy przez cały dzień... Następnie było to wyświechtane i obdarte z jakiegokolwiek sensu "kocham cię", które powtarzało się już średnio co dwie minuty przez całą rozmowę... Tego wyznania używa się już, jak zauważyłam, jako przerywnik rozmowy w momencie, kiedy się ona urywa lub kiedy nie bardzo wiadomo, co powiedzieć... I jest to wypowiadane tak po prostu, bez namysłu... Co tak naprawdę oznacza to "kocham cię"...? Co to oznacza dla kogoś, kto używa tego zwrotu dziesięć razy częściej niż wynosi średnia krajowa...? Takie wyznanie jest dla mnie zbyt intymne, żeby go nadużywać w zwykłych i najgłupszych przerwach w rozmowie spowodowanych aktualnym brakiem tematu...
Powracając do Tomka... O czym my tak naprawdę rozmawialiśmy...? O czymś, co niektórzy nazwaliby za przeproszeniem kupą pierdoł... Taka prawda... W tych rozmowach było tak niewiele wartości, sensu i tego wszystkiego, co jest potrzebne, że można to porównać do rozmowy dwójki ludzi, którzy niezbyt się lubią i przypadkowym zrządzeniem losu stoją w tej samej kolejce w supermarkecie... Trzeba przynajmniej przez chwilę o czymś porozmawiać, chociaż nie bardzo wiadomo, jaki temat wybrać... Zostaje tylko jak najszybciej zadać pytanie "co u ciebie?", żeby rozmówca nas nie uprzedził tym samym, bo wtedy to już totalna lipa...
W tym momencie, kiedy widzę zdanie:"nigdy nie zrobiłbym ci czegoś takiego", dopadają mnie mdłości... NIgdy, to znaczy do kiedy...? Jak długo trwa nigdy...? Typowe trzy miesiące, po których już wszystko jest możliwe...? Czasami nudno robi się jeszcze wcześniej...
Nie porównuję związku z Tomkiem do żadnego innego... Tego związku po prostu nie było... Żyła sobie dwójka zupełnie obcych ludzi, poznali się przez przypadek... A to, że niby "byli razem", to już totalna pomyłka i niedomówienie...
Ech... Czasami zastanawiam się, jakby to było, gdyby jednak... wszystko poszło inaczej... Gdybym nie zadała jednego głupiego pytania... Przydałoby się mieć coś takiego, co pomaga dokonać właściwych wyborów i powiedzieć to, co trzeba...
Do tej pory pamiętam, jak w drodze do Warszawy męczyłam "Wake me up when september ends", zalewając się przy tym łzami, chociaż tak naprawdę nic wielkiego się jeszcze nie wydarzyło... To było 23 lipca, jeśli się nie mylę...
Chyba tak naprawdę dojrzałam do tego, żeby sobie to wszystko opowiedzieć... Mogę...? Czy mogę pomóc sobie samej zrozumieć coś, co bolało tak długo...? Myślę że mam przynajmniej niewielkie prawo do tego...
Było tak gorąco... A ja cały czas myślałam, jak to będzie: wysiądę z pociągu i...? I co...? Czy ktoś będzie na mnie czekał...? Czy będę musiała sama lecieć do tego mieszkanka...? Wyobrażałam sobie każde możliwe wyjście oprócz tego jednego, które było prawdziwe... Napisałam do niego, że już jadę... Byłam szczęśliwa... chyba po raz ostatni w lipcu... Cieszyłam się jak dziecko z tego, że tam jadę, cała się trzęsłam z radości... Nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście, które okazało się potem tak naprawdę nieszczęściem...
Otrzymałam odpowiedź, która całkiem mnie przybiła... Siadłam na tym łóżku w przedziale i zaczęłam ryczeć... O 11 w poniedziałek miał jechać do ciotki... Wracał w sobotę... Na początku całkiem mnie to otępiło, później się wściekłam... Jechałam do niego z drugiego końca Polski... Za jakie grzechy miałam czekać jeszcze tydzień...?
Zasnęłam w końcu... Obudziłam się po 4 rano, nic nie pamiętałam przez chwilę... Leżałam i zastanawiałam się, gdzie jestem... Niestety musiałam sobie przypomnieć i znowu się zaczęło...
Jakoś radziłam sobie do soboty... Żyłam wyobrażeniami o tym, co miało być później... W końcu w sobotę napisałam... Nic...
Dałam sobie spokój do poniedziałku... Napisałam... Znowu nic... We wtorek to samo... W środę w końcu się wściekłam i zadzwoniłam... Odebrał jakiś facet, rozłączył się za chwilę... Dzwoniłam później tyle razy... Za żadnym już nie odebrał... Znowu się wściekłam... Miałam wyjeżdżać w sobotę wieczorem...
W czwartek leżałam sobie spokojnie i czytałam, koło 10.30 dostałam esa, że pożyczył komuśtam telefon, że dopiero teraz go odzyskał i chce się ze mną zobaczyć... Po prostu mnie zamurowało... Miały być dwa tygodnie... Może nie do końca całkiem razem, ale gdzieś obok... Ze świadomością, że on tam jest...
Poszłam... O 12 było po wszystkim... Przez 45 minut byłam tak szczęśliwa, jak jeszcze nigdy w życiu... A przez następne 45 godzin ryczałam... Wróciłam taka otępiała, zaczęłam pisać... Nic... Odpowiedział tylko na jednego...
Poszłam się przejść... Zadzwoniłam do mojego bejbe... Musiałam z nią pogadać... To było dla mnie po prostu za trudne...
Pisałam jeszcze w piątek... W końcu dałam spokój... Wyjechałam stamtąd z uczuciem, że nie chcę tam nigdy wrócić... Miasto piękne, ale wspomnienia niekoniecznie...
Do tej pory boli... Czuję się po prostu rozczarowana tym, jak wiele można bezkarnie obiecać, a później tak po prostu wykręcić się z tych obietnic...
W piątek zaczęły się burze... Po raz pierwszy w życiu zmokłam do suchej nitki w Szczecinie... Marzłam później pod kołdrą w pokoju i pisałam z kimś, kto teraz jest mi najbliższą osobą na świecie... Zaufałam, bo musiałam oddać komuś to zaufanie, którego wykorzystać nie mogłam u Tomka... Nie żałuję...
Opowiedziałam sobie już wszystko... A ważniejsze szczegóły i tak zostaną dla mnie... Nie chcę ich tak po prostu wywlekać na światło dzienne...
Czy rozmawialiśmy...? Z pewnością, ale raczej nie o tym, co jest naprawdę ważne... Ważne jest to, by być przy kimś, kogo się kocha, przynajmniej myślami... A nie to, by dawać obietnice, które później są zbyt trudne do zrealizowania... Obietnice dają poczucie, że jest się kimś ważnym dla drugiej osoby... Ale kiedy ten ktoś ich nie dotrzymuje, stają się tylko przekleństwem... Wolałabym, żeby nikt nigdy mi nie obiecywał czegoś, co później będzie zbyt trudne do zrealizowania...
Za bardzo boli...

A jutro z Agusią moją się znowu zobaczę... Jak dobrze...
Kocham Cię bejbe... Dziękuję...
Ciebie też Bartuś kocham...


Fen
2006-12-30 22:28:59
kocham Cię..kocham..ale Ty wiesz o co chodzi..wiesz..kocham..
 
 
Dodaj komentarz
nick
e-mail
treść
 
Blogi
x